Bułgara w Lubinie chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Przychodził do Zagłębia jako zawodnik z wypracowaną już renomą, ale to dzięki grze w Zagłębiu stał się rozpoznawalny nie tylko w Polsce, ale i Europie, co poskutkowało transferem do Niemiec. Jak wspomina grę w drużynie „Miedziowych”? Jak patrzy na swoją karierę z perspektywy kilku lat? Zapraszamy na rozmowę.


Co spowodowało, że zdecydowałeś się na przejście z Odry Wodzisław Śląski do Zagłębia?

– Tak naprawdę, to zadecydowała rozmowa z trenerem Ulatowskim. To On namówił mnie na przejście do Lubina, przedstawiając konkretną wizję mojego rozwoju. Zagłębie było wówczas jedną z trzech najlepszych drużyn w tamtym okresie w pierwszej lidze i jedną z lepszych w Polsce. Wiedziałem, że w klubie wszystko jest dobrze poukładane. Ja zaliczyłem dobry sezon w Wodzisławiu, w Poznaniu nie byłem mile widziany, więc zdecydowałem się na przyjazd do Lubina.

Pamiętasz swój debiut w barwach Zagłębia?

– Pamiętam dużo spotkań z Zagłębiem, ale jeżeli chodzi o debiut, to trochę jak przez mgłę. Na pewno nie był to mecz w Lubinie, z uwagi na budowę stadionu, a w Polkowicach. Skończyło się jeśli dobrze pamiętam 3:2, albo 4:3. Na pewno była to wysoka wygrana.

Zgadza się, to była 4. kolejka I ligi, a Ty strzeliłeś dwie bramki.

– Jak już wspomniałem pamiętam dużo spotkań z Zagłębiem, ale te pierwsze, to trochę jak przez mgłę

Który mecz najlepiej wspominasz za czasów grania w Zagłębiu?

– Spośród tylu gier ciężko mi w tym momencie wybrać jeden, konkretny. Było wiele meczów, w których drużynowo dobrze się zaprezentowaliśmy. Myślę, że tak na szybko, to mogę wskazać na dwa spotkania. Pierwsze, to ostatni mecz w pierwszej lidze i wielki powrót do Ekstraklasy. Drugim natomiast, do dziś mile przeze mnie wspominanym, jest słynne spotkanie z Polonią Warszawa i moja pamiętna bramka. Wówczas stadion był zapełniony, super atmosfera.  Sędzia w tym meczu zaś popełniał mnóstwo błędów i na pewno czerwona kartka, którą pokazał jednemu z naszych graczy (Traore za dwie żółte dop. red.) była wątpliwa. Co za tym idzie mecz kończyliśmy w dziesięciu. Dodatkowo, podyktował karnego, z czego po czasie się wycofał. To był ciężki mecz. Mimo wszystko wygraliśmy, bo dobrze graliśmy piłką. Myślę, że właśnie te dwie rywalizację wspominam najmilej z czasów Zagłębia.

Pamiętasz jeszcze tego słynnego gola z Polonią Warszawa, jak wyłożyłeś paru pod rząd zawodników na plecy, po czym skierowałeś piłkę do siatki?

– Jeśli tej bramki bym nie pamiętał, to nie wiem, którą miałbym pamiętać w mojej karierze. Ciężko tego nie pamiętać… po prostu się nie da. Każdy, kto był na stadionie tego dnia, mecz zapamięta na pewno na długo. Nie mam na myśli tylko mojej bramki, a cały mecz. Tego dnia na trybunach byli moi rodzice. Podyktowany karny, po czym za dwie minuty zmiana decyzji przez arbitra. Całe zamieszanie mocno zdenerwowało publiczność. Na tyle, że emocje były nie do opisania. Po powrocie do domu ojciec czekał na mnie w mieszkaniu. Powiedział, że po tej bramce, teraz w każdym spotkaniu mam pokazywać jakim jestem piłkarzem. Mam biegać po boisku, a nie tylko czekać, aż piłka spadnie mi pod nogi.

Masz niesamowite statystyki w barwach Zagłębia Lubin. Zagrałeś 62 razy i strzeliłeś aż 44 bramki. Lepiej tego nie można było sobie wyobrazić?

– To prawda, lepiej nikt nie mógł sobie tego wyobrazić. Jestem pewien, że wiele ludzi było pod wrażeniem. Ja byłem jednak pewny swoich umiejętności i wiedziałem, że niebawem nadejdzie czas w którym wybuchnę. Zdarzyło mi się coś podobnego w Niemczech, jak grałem we Frankfurcie. Podczas piętnastu rozegranych spotkań, też strzeliłem wiele bramek (dziewięć dop. red). Dziś mogę powiedzieć, że pasowaliśmy do siebie z Zagłębiem. Jak się budziłem rano w dniu meczu, w pokoju z Matim Bartczakiem, to wiedziałem, że wieczorem będą bramki na stadionie w moim wykonaniu. Byłem bardzo, bardzo pewny siebie, już po rozegraniu paru spotkań dla Zagłębia.

Kto w tamtych czasach trzymał szatnię Zagłębia?

– Na pewno starsi piłkarze z bagażem doświadczeń.  Teraz często takich osób brakuje w poszczególnych drużynach. Zawodników, którzy poprowadzą też młodszych piłkarzy, pomogą w krytycznych momentach. Kiedy grałem w Lubinie byłem m.in. Ja, Łukasz Hanzel, Szymon Pawłowski, czy też Costa Nhamoinesu. Zawsze za moimi plecami byli Mateusz Bartczak, Michał Stasiak, Dariusz Jackiewicz czy Olek Ptak w bramce. Niestety, takich ludzi jak oni, dziś ciężko znaleźć w wielu szatniach.

Wymieniłeś wielu charakternych graczy, a z którym Ty się najlepiej dogadywałeś?

– Poza boiskiem, to z całą drużyną. Do Lubina przyjechałem sam i świetnie spędziłem tutaj czas. Po meczach często jeździliśmy wspólnie się pobawić. Było dużo wygranych, więc  praktycznie punktowaliśmy co tydzień, a to scalało drużynę. Wiedzieliśmy jednak kiedy jest czas i miejsce na zabawę, a kiedy na ciężki trening .

Dlatego odpowiadając na twoje pytanie – miałem dobry kontakt z każdym. Poza boiskiem i na boisku. Gdy masz za plecami Golińskiego, Pawłowskiego, Hanzela, Bartczaka – a byli to goście, z którymi mogłem strzelać sobie tyle bramek, ile chce dla Zagłębia, to nie ma prawa nie wypalić.

Czy z tego okres jakaś konkretna sytuacja boiskowa szczególnie zapadła Ci w pamięć?

– O tak! Mam taką, którą zapamiętam już do końca życia. Mecz w Chorzowie, dużo śniegu, okropnie zimno. Byłem wtedy odsunięty od składu, żeby nie wyjść w pierwszej jedenastce. Tak naprawdę nie wiedziałem dlaczego – choć po czasie wszystko poukładałem i wiem skąd taka decyzja, ale to już długi temat. W przerwie meczu mieliśmy się rozgrzewać. Ja jednak wszystkich zawodników sprowadziłem do korytarza, załatwiłem ciepłą herbatkę i mówiłem, że wszystko na spokojnie, jakoś to załatwimy! Wszedłem w 70. minucie i ze swoim szczęściem strzeliłem dwie bramki. No i dziękuje… autobus już tańczył do samego Lubina.

Jak wspominasz trenera Smudę w Zagłębiu?

– No i tu jest odpowiedź na wcześniejsze pytanie, tak po części. Wtedy w Chorzowie złapał mnie na korytarzu i się trochę pokłóciliśmy. Zawsze byłem u niego na celowniku. Można powiedzieć, że ta dziwna cała sytuacja zaczęła się już w Poznaniu, a skończyła na sam koniec mojej przygody w Lubinie. Mieliśmy już wtedy dobre relacje. W końcu się „dotarliśmy”. Ja zrozumiałem, że on jest dobrym trenerem, a on zrozumiał, że jestem wartościowym piłkarzem. Szkoda, że dopiero na sam koniec. Potrzebowaliśmy dużo czasu. Wcześniej nie byłem jego ulubieńcem. Mimo wszystko na sam koniec mogę powiedzieć, że jest mega trenerem i zrobił dużo dla polskiego futbolu. Będę go pamiętał z dobrej strony, no może nie zawsze… (śmiech)

W lipcu 2010 roku twoja wartość osiągnęła najwyższy pułap – około 1,5 mln euro (za transfermarkt.pl). Na polskie warunki było kwotą naprawdę wysoką. Jak do tego podchodziłeś?

– Bez większych emocji. Tak zostałem wychowany przez mojego ojca i to mnie utrzymywało na ziemi. Jeśli zagrałem dobry mecz, to zawsze mi mówił, że coś jest źle. Natomiast jak rzeczywiście wypadłem gorzej, to wręcz odwrotnie – dzwonił i mówił, że dobrze grałem i że wszystko będzie w porządku. To mnie podtrzymywało.

Zawsze patrzyłem realistycznie na swoją karierę. Analizowałem jak się czuje, jaką mam aktualną formę. Myślę, że to był jeden z najważniejszych plusów, aby móc osiągnąć sukces i wyjechać do Niemiec. Bez niego i bez świeżej głowy, by najpierw skupić się na graniu, a dopiero później na pieniądzach, nie osiągnąłbym tego, co się udało wypracować przez ten okres. 

Początki w Kaiserlautern były niezłe w twoim wykonaniu. Strzelałeś w meczach kontrolnych bramki. Dlaczego finalnie nie udało się podbić ligi niemieckiej?

– To jest długi temat. Myślę, że posiadałem odpowiednie umiejętności, jednak nie potrafiłem pokazać tego na boisku. Z ręką na sercu uważam, że tak pięćdziesiąt procent winy jest po mojej stronie, a drugie pięćdziesiąt z przyczyn ode mnie niezależnych. Niestety.

Poszedłem tam naprawdę w życiowej formie, po świetnym przygotowaniu. Spotkałem wtedy polskich piłkarzy, gwiazdy tamtego okresu – Jelenia czy Dudka, którzy w sparingach mówili, że jeśli będę grał na takim poziomie parę miesięcy, to znajdę się w jednym z najlepszych klubów w Niemczech. Tak się jednak nie stało, nie dostałem szansy. Chciałem odejść z klubu, zacząłem się kłócić i nic dobrego tym sposobem nie osiągnąłem.

Pożegnalny mecz z Zagłębiem odbył się 11 maja 2010 roku z Koroną Kielce. Wówczas strzeliłeś jedną z bramek – po spotkaniu zakręciła się łezka?

– Zgadza się, był moment wzruszenia. Z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że będę grał w jeszcze lepszej lidze. Jako młody piłkarz, był to dla mnie ogromny zaszczyt i byłem bardzo szczęśliwy. Jednak to w  Lubinie miałem swoje najlepsze czasy. Zawsze myślałem, że uda się wrócić i zagrać dla Zagłębia jeszcze raz. Niestety, tak się nie stało. Pod tym względem piłka nożna, to ciekawy sport. Nigdy nie wiadomo co Cię może spotkać i co będzie dalej.

Ale do Zagłębia wracałeś, przygotowując się choćby do sezonu. Nigdy jednak, jak sam wspomniałeś, nie zagrałeś już w naszych barwach. Co stawało na przeszkodzie?

– Dwa razy miała miejsce taka sytuacja. Wiem, że prezes Zagłębia chciał, abym wrócił do Lubina. Ja też miałem takie chęci. Zresztą każdy kibic wie, że chciałem wrócić. Niestety, przy budowaniu zespołu decydujący głos mają trenerzy i finalnie nie udało się dojść do porozumienia.

Uważam, że każda drużyna potrzebuje dwóch, trzech piłkarzy, którzy będą prowadzić szatnie i trzymać atmosferę. Być może to zadecydowało? Podjąłem wówczas inną decyzję i swoją przygodę z piłką kontynuowałem gdzie indziej. Widocznie tak musiało być.

Kibice bardzo ciepło Cię wspominają, zaznaczając, że kluczowe było twoje zaangażowanie – cecha wrodzona czy jakiś inny sposób motywacji? Od napastnika nie wymaga się aż takiej waleczności?

– Uważam, że najważniejsze jest, aby spodobać się kibicom, być lubianym i docenianym. Ja to zrobiłem na samym początku i przekonuje się o tym, do dnia dzisiejszego. Niektórzy trenerzy nie mają świadomości co robią nie tak. Dla jednego piłkarza najważniejsze są minuty na boisku. Dla drugiego zaś, żeby żyć w mieście, strzelać bramki dla kibiców, dawać im radość i Ja taki właśnie byłem. Nauczyłem też wielu trenerów, że najważniejsze jest bieganie z głową. Kibice to później widzą na trybunach.

W końcu wróciłeś do Polski, jednak do Korony Kielce. Skąd taki kierunek? W wieku 30 lat na brak innej oferty raczej nie mogłeś narzekać?

– Wróciłem, ponieważ uważałem, że Polska to kraj, w którym mogę pokazać swoje umiejętności. Wiem, że moje nogi i głowa pasują do tej ligi. Upewniłem się w tym przechodząc do Korony. Niestety, nie miałem jednak szczęścia i po około siedmiu kolejkach złapałem kontuzję. Wówczas moja przygoda w Kielcach zakończyła się. W przeciągu całej kariery, przez te wszystkie lata zmagałem się z paroma kontuzjami i głównie to było przyczyną spadku formy.

Masz dobre statystyki na zapleczu Bundesligi – czy to nie jest tak, że na polską ligę byłeś za mocny, a na pierwszą ligę w Niemczech zabrakło umiejętności? Z perspektywy czasu nie lepiej było zostać w Zagłębiu i walczyć o coś więcej?

– Wydaje mi się, że nie trafiłem do klubu, który wiedział jak mnie wypromować. Jeśli mieliby taką świadomość, to zarobiliby na mnie dużo pieniędzy i byliby zadowoleni, ze wzajemnością zresztą. Patrząc na to z perspektywy czasu, uważam, że  mimo wszystko zrobiłem dobry krok. Przez dziesięć lat w Bułgarii nie było zawodnika, który choćby otarłby się o Bundesligę, oprócz mnie. Ciężko jest zawodnikowi z naszego kraju zaistnieć w takiej lidze. W Polsce jest już inaczej, łatwiej. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ ekstraklasa zrobiła naprawdę potężny krok w tym kierunku dogonienia zachodu. Odpowiadając jednak na Twoje pytanie –  Mimo wszystko, jestem zadowolony, że udało mi się posmakować Bundesligi.

A jak wspominasz czasy egzotycznej Korei?

– Bardzo dobrze, było mało minusów. Już pierwszego dnia wiedziałem, że drużyna, do której trafiłem jest jedną z najlepszych w całej Azji. W samej Korei, to jedna z dwóch najlepszych. Jeśli nie najlepsza.

Jeżeli chodzi o kwestie finansowe, to nie ma co komentować. Oprócz tego, w lidze mogło grać tylko trzech obcokrajowców, więc patrzyli na mnie, jakby przyjechał co najmniej Messi, czy Ronaldo. Było więc mnóstwo plusów. Życzę każdemu piłkarzowi, aby miał przyjemność zagrać w azjatyckiej lidze. Niestety i tam zaczął się problem z kontuzjami i przez to musiałem zdecydować się na powrót do Europy, aby wykonać zabieg. Jeśli byłaby możliwość, to zostałbym bardzo chętnie dłużej. Oni mają swoją mentalność, ale najważniejsze jest to, że szanują zawodników, których ściągają z Europy. Myślę, że każdy piłkarz chciałby być traktowany w sposób, w jaki podchodzili tam do zawodników.  

Jest kilka analogi pomiędzy Tobą, a Kubą Świerczokiem – obaj w Zagłębiu prezentowaliście się świetnie, obaj mieliście nosa do bramek, niesamowitą charyzmę i pewność siebie i obaj … nie pograliście w Kaiserslautern. Znacie się osobiście? Wskazałbyś inne podobieństwa?

– Jasne, znamy bardzo dobrze. Odchodząc z Kaiserslautern zostawiłem Kubie swoje mieszkanie. Niestety, tak jak powiedziałeś, jemu też się nie udało. Myślę, że główną przyczyną były kontuzję. Kuba zrobił wiele dla Zagłębia. Chciałbym, żeby udało mu się zagrać w jeszcze lepszej lidze, bo za wiele czasu również nie ma. Życzę mu jak najlepiej. To jest gość, który może strzelać dużo bramek, a to jest bardzo ważne.

Hasło „Tak się bawi Bułgar w Polsce”? Kto to wymyślił i jak Ty do tego podchodzisz?

– „Tak się bawi Bułgar w Polsce” na zawsze w mojej głowie, ale także kibiców i głowach przyjaciół. Rzuciłem to po meczu, w którym strzeliłem bramkę. To był bodajże Poznań. Później po każdym wyjeździe, w autobusie, wykrzykiwaliśmy to zdanie na głos. Jeden z lepszych komentatorów w Polsce powiedział to też, po mojej bramce przeciwko Polonii Warszawa i to zdanie zostało ze mną na zawsze.

W pewnym momencie swojej kariery czułeś się za mocny na Lechia, Legię, Wisłę? Kusił Cię między innymi Andrzej Dawidziuk chcąc sprowadzić do Poznania, a Ty wybrałeś 2. Bundesligę. Skąd takie wybory?

– Oprócz tego, że miałem oferty z innych klubów, wiedziałem, że wrócę z powrotem do Zagłębia, albo na wypożyczenie do drugiej Bundesligi. Postawiłem na drugą opcję.

Andrzej Lesiak, trener z austriackim sznytem – jak go wspominasz?

– Jako trenera, który szybko przewinął się w mojej karierze. Z tego co pamiętam, był tylko parę kolejek w Lubinie. Jako drużyna nie graliśmy dobrze i jak to zwykle bywa, to trener musiał pożegnać się z lubińskim klubem.

Jak wspominasz trenera Jończyka i dlaczego mu się nie udało w Zagłębiu Lubin?

Tak jak trenera Lesiaka. Zagłębie w tamtym okresie nie było dla nich najwidoczniej. Może w późniejszym okresie byłoby inaczej… Zagłębie i ekstraklasa nie jest dla każdego.

W wielu plebiscytach: na obcokrajowca roku, na najlepszego napastnika pierwszej ligi, doceniano właśnie Ciebie. Spodziewałeś się, że tak szybko zadomowisz się w zespole Zagłębia i będziesz odgrywał pierwszoplanową rolę?

– Pamiętam, że jak przyjeżdżałem do Zagłębia, to akurat Michał Chałbiński nie grał, choć tak naprawdę nie wiem czym to było spowodowane. Dziwiłem się, bo zawsze myślałem, że kiedy to ja będę miał tyle bramek strzelonych w barwach Zagłębia, to nie mam prawa nie grać.  Jak widzisz, szybko poszło. Za rok, czy tam dwa, będąc w dobrej dyspozycji szybko dorobiłem się takich liczb. Każdy na świecie chce oglądać piłkę nożną, bo w niej wszystko jest możliwe. Dla mnie osobiście, dzięki tej drużynie również wszystko stało się realne.

Przychodziłeś do zespołu Zagłębia Lubin między innymi z Costą Nhamoinesu i Wojciechem Kędziorą. Pierwszy w nich zrobił bardzo dobrą karierę w Czechach, z kolei Kędziora równie udanie zakończył w Piaście – czy sam odczuwasz niedosyt, patrząc na dokonania kolegów?

– W tamtym okresie dużo zawodników przyszło do Zagłębia i sporo też odeszło. Przyczyną był spadek z Ekstraklasy do pierwszej ligi. Patrząc na „Kędiego”, to cieszę się, że tak dobrze zakończył karierę. Za czasów gry w Lubinie miał dużo problemów związanych z kontuzjami. Z kolei z Costą do dzisiaj mam dobry kontakt, oglądam jego grę i jak się rozwinął w Czechach. Z tego co ostatnio widziałem, został nawet kapitanem Sparty.

Jeśli chodzi o moją karierę, to nie mam powodów do smutku.  Patrząc wstecz, myślę, że dziewięćdziesiąt procent zawodników chciałoby osiągnąć tyle, co ja. Życzę każdemu, żeby przeżył z piłką nożną jak najwięcej.

Jak wyglądał w barwach Zagłębia Piotrek Świerczewski? Czy to był już schyłek, czy mimo wszystko walczak?

– Najważniejsze są wyniki z drużyną. Jako człowiek był bardzo spokojny i myślę, że każdy piłkarz to docenił. Zawsze był za swoimi zawodnikami, co by się nie działo.

Za Twoich czasów przydarzyła się nam także przykra porażka w Pucharze Polski. Co powiesz na temat meczu z Piastem Kobylin?

– Jak sobie to dziś przypomniałem, to zachciało mi się śmiać. A na poważnie, to taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Zagłębie miało wpadkę, a z tego co wiem, to od czasu do czasu takie sytuacje mają miejsce. Ja też byłem uczestnikiem jednej z nich, niestety.  

Kontrola nad piłką, czy może nos do zdobywania bramek był Twoim największym atutem?

– Każdy chyba wie, że największym moim atutem jest to, że umiem znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Piłka na końcu i tak wyląduje tuż przy mojej nodze.

U którego trenera grało mu się najlepiej?

– Grając w Zagłębiu nie patrzyłem na trenerów, kto przyjeżdża, a kto nie. Martwiłem się swoją dyspozycję, żeby pokazywać się z jak najlepszej strony. Orest Lenczyk złapał to, że ja muszę siedzieć w polu karnym i wyczekiwać. Wiedział, że jak już otrzymam piłkę pod nogi, to padnie z tego bramka. Także bardzo miło wspominam trenera Lenczyka.

Najlepszy zawodnik, z którym miałeś przyjemność mierzyć się?

– W Reprezentacji Bułgarii grałem przeciwko wielu świetnym i klasowym piłkarzom. Wielkie nazwiska z europejskiej piłki. Myślę, że mogę wymienić Kostasa Fortunisa. Mając osiemnaście lat, już wtedy wiedziałem, że to będzie „prze piłkarz” i to potwierdziło. Nie podbił może niemieckiej ligi i wrócił do Grecji, ale aktualnie jest kapitanem Reprezentacji Grecji. Miał ogromne umiejętności. Niestety, Niemcy tego nie zauważyli i musiał wrócić do swojego kraju.

W kim jeszcze widziałeś duży potencjał, a finalne nic nie wyszło?

– Jest wielu takich piłkarzy, którzy mają potencjał, lecz nie każdy ma możliwość go wykorzystać. Nie chciałbym jednak wymieniać tu nazwisk.

W prywatnych rozmowach wielokrotnie powtarzałeś byłym kolegom i dziennikarzom, że do Zagłębia mógłbyś wrócić nawet na piechotę – czemu nie wróciłeś?

– Przyjechałem sam do Lubina, można powiedzieć, że na piechotę (śmiech) Wszystko na własny koszt. Darek, który jest fizjoterapeutą w klubie, pomógł mi w przygotowaniu. Chciałem trenować i wrócić do pełnej dyspozycji i po miesiącu tak też się stało. W klubie był młody trener, można powiedzieć, że rzucony na głęboką wodę. Niestety, nie nawiązaliśmy współpracy z trenerem Lewandowskim i wróciłem do Bułgarii. Zacząłem reprezentować Slavię Sofia, drużynę z ekstraklasy bułgarskiej, z którą „Miedziowi” mieli zresztą okazję kiedyś grać. Ja naprawdę miałem ochotę grać dla Zagłębia.

Maciej Skorża, czy dużo mu zawdzięczasz?

– Gdyby Maciej nie zauważył, że potrafię strzelać bramki, to nie wiadomo jakby się potoczył mój dalszy los. Może bym się kopał po bułgarskich boiskach, przed tysięczną publicznością, nie wiadomo… Nie zobaczyłbym co to znaczy piłka nożna na wysokim poziomie. Mam wielki szacunek do niego.

Czy Berbatov był dla Ciebie wzorem?

– Czy uznaję go za wzór. Hmm, nie wiem… Muszę jednak przyznać, że to jeden z lepszych zawodników bułgarskich w ostatnich czasach. Całą historią bułgarskiej ligi i numerem jeden jest zdecydowanie Stoiczkow.

Czy prawdą jest, że bardzo lubisz słodycze?

– Jeżeli leży coś słodkiego, to zawsze się skuszę (śmiech)

Po zakończeniu kariery przejmiesz biznes rodzinny (sklep odzieżowy), tak jak wspominałeś kilka lat temu?

– Do grudnia gram w Slavii Sofia, a potem zobaczymy jak się rozwinie sytuacja z koronawirusem. Chciałbym jeszcze podpisać kontrakt na rok czasu w jakimś klubie, żeby móc pocieszyć się piłką, bo za wiele czasu mi nie zostało. Oprócz tego zainwestowałem i mam swój hotel nad morzem w Grecji, który już funkcjonuje od roku czasu. Z bratem jesteśmy też przedstawicielami sprzętu sportowego, znanego także w Polsce. Biznes jest do rozkręcenia, na razie idzie nam dobrze, ale jest jeszcze wiele pracy przed nami.

Byłeś w stanie więcej osiągnąć w Reprezentacji Bułgarii?

– Tylko raz mieliśmy szanse na przestrzeni dziesięciu lat i nie udało się, niestety. W tym momencie Reprezentacja Bułgarii jest nisko i nie zapowiada się, aby coś poszło do przodu. Taka jest w tym momencie rzeczywistość bułgarskiej piłki.

Czego życzysz Zagłębiu Lubin?

– Zagłębiu życzę sukcesów. W tym klubie przeżyłem wiele wspaniałych chwil, które zapamiętam do końca życia. Z tego miejsca pozdrawiam wszystkich kibiców „Miedziowych”.

 

Tags: